Nadal niezbyt przekonana, wskoczyłam na ptaka. Był większy niż mi się zdawało, miałam wrażenie, że nadal rośnie, może to jednak tylko złudzenie. Nie zdążyłam jednak dojść do innych hipotez, bo ogromne stworzenie wzbiło się do góry, przeleciało pomiędzy drzewami tak szybko, że nawet nie zdążyliśmy się ochronić przed gałęziami. Gdy znaleźliśmy się ponad koronami drzew, zauważyłam, że na jednej nodze mam ranę. Niezbyt głęboką, ale rozległą. Zaczynała szczypać. Mruknęłam pod nosem coś o moim szczęściu, bo Black Angel nie był w ogóle poszkodowany. Dopiero po chwili spostrzegłam jak wysoko jesteśmy i chociaż nigdy nie miałam lęku wysokości, teraz zakręciło mi się w głowie. Wiatr targał nasze grzywy, wyciskał łzy z oczu i odbierał dech.
- Chyba mi nie wmówisz, że twoja matka nie zauważyła ogromnego ptaka z dwoma końmi na grzbiecie wylatującego spośród drzew! - krzyknęłam mu do ucha, starając się przekrzyczeć wiatr
- Na pewno nas widziała, ale nie wie gdzie lecimy, a nie nadąży też biec za nami - odkrzyknął, wyraźnie rozbawiony moim jakże absurdalnie brzmiącym zdaniem.
- A czy my wiemy, gdzie lecimy? - spytałam, starając się nie patrzeć w dół
Angel nie odpowiedział. Świetnie. Co on znowu wymyślił?! Nie byłam pewna, czy naprawdę nie wie gdzie lecimy, czy ukrywa to przede mną. Miałam mimo wszystko nadzieję, że potrafił kontrolować tego ptaka, bo stworzenie czegoś tak wielkiego musiało go sporo energii kosztować, a gdyby ptak mu się wymknął spod kontroli... Widziałam już kiedyś takich, którym brakło mocy do ich tworów, które potem siały strach i zniszczenie.
Kusiło mnie, aby spojrzeć, czy Chryse za nami nie biegnie, jednak gdy w końcu się odważyłam, natychmiast zakręciło mi się w głowie, więc szybko ją podniosłam do pionu. Nic nie ujrzałam pod nami.
(Black Angel?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz