niedziela, 3 stycznia 2016

Od Rossy - c.d Qerida i Deniver'a

Dobrze wiedziałam jakiego sobie wybrałam. No, ale aż taki uparty nie musi być. Raz mógłby ustąpić. Niechętnie ruszyłam za nim. Nic już wolałam nie mówić, najlepiej siedzieć cicho. Tak, najlepszy pomysł świata.
~
Dotarliśmy nad jezioro, gdzie chodziliśmy jak dla mnie w kółko. Nagle na sąsiednim brzegu dostrzegłam jakąś postać. Postura owego nieznajomego konia nie dawała mi spokoju. Miałam złudzenia? Nie wiem tego. Qerido także tam spojrzał. Jednak na nic to wszystko poszło, gdyż obcy odchodził w przeciwną stronę. Zignorowałam to i odwróciłam głowę. Nie chciałam w sumie wiedzieć kto to był. Tak szczerze? Mnie to nawet nie zainteresowało. Co to mogło być ciekawego poza jakimś koniem, którego nie znam? Co mnie to ma obchodzić? Nie będę się w takie rzeczy bawiła, czyli w domyślanie się kto to taki był. Szybko przyśpieszyłam przed siebie ignorując samego partnera. Nie chciało mi się czekać. Zbytnio nie przepadałam za tym miejscem. Może i je w jakimś stopniu lubiłam, ale co ma to zmienić? Dziwnie tu się czułam, tego zmienić nie mogłam. Tak było, no i tyle w tym temacie... Podszedł Qerido, a raczej mnie wyprzedził. Spojrzałam na niego przenikliwym spojrzeniem, nieświadoma tego czy coś się stało, że nieco zdenerwowany ogier szedł szybciej niż zwykle, nawet nie czekając za mną. Niepewnie poszłam za nim, zrównałam krok z towarzyszem. Spojrzałam przed siebie. Nie wiedziałam gdzie on zmierza, nawet nie byłam świadoma tego czy coś się stało.

Qerido? Deniver? ;x

Od Odium do Tancreda

Robi się coraz zimniej. Mróz powoli staje się codziennością. Pewnie niedługo ziemię oprószy biały puch. Każda śnieżynka jest inna i niepowtarzalna. Podobno tak też jest z nami. Że ogółu nie ma.
Kiedyś w to wierzyłem. Tak głęboko jak teraz w nienawiść. Kiedyś, kiedyś. Szkoda, że nie umiem tego słowa wymazać z pamięci.
Na szczęście zima mi nie zagraża. Znalazłem schronienie w stadzie Mysterious Valley. Tylko ma zimę. Po niej ruszam w kolejną samotną podróż.
I raczej znalazłem tu już wszystko, czego od losu można żądać. Ciepła jaskinia i dostatek pożywienia. Nie potrzebuję ogółu.
- Odi... -  słyszę szept dochodzący z mojej grzywny. To Kor.
- Hmm? -  chrząkam  -  Co się stało?
- Cii... Ktoś się zbliża. Na horyzoncie widzę kogoś. -  szepcze Kor
Wsłuchuję się w otaczające mnie dźwięki. Rzeczywiście, z oddali słyszę kroki. Ziemia lekko drży.
- Klacz, ogier?  -  pytam cicho Kor'a.
- Czekaj... -  Pewnie się właśnie przypatruje przybyszowi  - Ogier.
Prycham z niechęcią. Ogół ogierów jest zły. To paskudne i pełne nienawiści do innych potwory.
Nieznajomy przystaje w pewnej odległości ode mnie.
- Witaj.  -  słyszę. O dziwo ma miły głos. Ale to tylko kolejna sztuczka. Jest taki sam jak reszta.
- Życie Ci niemiłe, że na mnie naskakujesz? -  zaczynam lodowatym głosem.
Przybysz wyraźnie jest zaskoczony. I dobrze. To pewnie kolejny ogierek wychowany w cukierkowym nieistniejącym świecie.
- Chciałem się tylko przywitać. - tłumaczy
- A wyglądam na zainteresowanego tym przywitaniem?  -  prycham.

Tancred, CD.

Od Bailando- CD. Havany

-Ja też mam taką nadzieję...-przebiegłem wzrokiem po jaskini.
Była wielka i tajemnicza, ale i sucha, więc szybko wszedłem do środka. Świat jest piękny po deszczu, ale niekoniecznie w deszczu. Przynajmniej w takim, w jakim padał teraz.
-To chyba jesteśmy tu uwięzieni.-stwierdziła ociekająca wodą Havana.
-Chyba tak.-przyznałem.
Sierść nieprzyjemnie się kleiła. Grzywka i grzywa też. A, i ogon. Dygotałem z zimna. Mokro i zimno. Niefajnie. Byliśmy tylko w przedniej części groty.
-Idziemy dalej?-zapytałem.-I tak nie mamy nic do roboty.-Klacz zgodziła się i ruszyliśmy szerokim korytarzem.-Byłaś tu kiedyś?
-Tak, ale tyko w przedniej części. Nie wiedziałam, że jest taka wielka.
Korytarz zrobił się wąski i musieliśmy iść gęsiego. Havana pokazała mi głową, żebym szedł pierwszy.
-Panie przodem.-uśmiechnąłem się.
-Boisz się iść pierwszy?-odwzajemniła uśmiech.
-No co ty! Jasne, że nie!
Zajrzałem w przesmyk. Zrobiłem jeden krok, a potem drugi i trzeci. Panowały tam egipskie ciemności.
-Strasznie tu ciemno!-zawołałem.
-Dobra, wycofujemy się. Koniec zwiedzania na dziś.-zarządziła klacz.
Poczekałem więc trochę, aż oddali się i szedłem tyłem. W pewnym momencie poczułem ból w okolicach brzucha. To ściany ściskały mnie niemiłosiernie.
-E, Havana?
-Tak?
-Zaklinowałem się.

<Havana?>

Nowy ogier- Odium

No i pierwszy członek w roku 2016 :D Cieszę się niezmiernie z tego powodu, a Odium życzę powodzenia w naszym stadzie =)
 
Imię: Odium
Wiek: 4 lata
Stanowisko: strażnik

Od Bailando- CD. Slayer'a

-A dlaczego niby się nie nadaje?-odkrzyknąłem.-Przecież to nawet lepiej!
Użyłem mojej mocy i krwistoczerwony kawałek materiału przyfrunął do mnie, aby zaraz zająć swoje miejsce jako flaga. Slayer wybiegł z wody. Przez chwilę staliśmy w milczeniu przyglądając się zamkowi. Ładny był, ale czegoś mu brakowało. Fosy! Zaczęliśmy kopać rów wokół budowli. Zrobiłem most. Ten, co się podnosi i wtedy wróg nie może wejść. Byłem zadowolony ze swojej roboty. Przepraszam, z mojej i Slayer'a roboty.
-Szkoda tylko, że zaraz się zniszczy.-słusznie zauważył ogier.
-Niestety.-zapadła cisza.
-Jak myślisz, dlaczego nasza flaga jest zakrwawiona?-spytał.
-Nie wiem.-odpowiedziałem.
-Różnie mogło być. Pewnie ktoś się skaleczył i opatrzył tym ranę albo ktoś kogoś zabił.
-Slayer! Naprawdę myślisz, że ten materiał mógł być świadkiem morderstwa?-wpatrywałem się w ogiera.

<Slayer?>

Szczęśliwego Nowego Roku!

 I znów spóźnione życzenia z tego samego powodu co w święta. Chociaż nie wiem czy na pewno doszłam do siebie po sylwestrze xD. A więc kochani, nie będę się zbytnio rozpisywać. Życzę Wam tego samego co w Boże Narodzenie, spełnienia marzeń, jeszcze raz tyle weny i powodzenia w nowym semestrze szkolnym(aby Wam nauczyciele na głowy nie pospadali C;). Szczęśliwego Nowego Roku!

sobota, 2 stycznia 2016

Od Midway - CD. Slayera

Wracam ze spuszczonym łbem. Nie jestem dumna z tego co powiedziałam Lilith. Mogłam to łagodnej ubrać w słowa. Pewnie ją to zabolało. Cóż. A mnie bolał fakt, że musiałam ją wychowywać. Jej oczy codziennie wpatrywały się w moje a ja widziałam tam Magnetica. Ktoś powie, że ześwirowałam ale ból po urazie był zbyt silny.
Słyszę za sobą kroki. To pewnie Lilith i Firuse. Nie chcę się odwracać. Nie mogę się odwracać.
Dostrzegam Slayera i Havanę. Chcę krzyknąć wesoło, że wróciłam ale szczęścia we mnie nie ma.
Niestety.
- Gdzie byłaś, Midway?  -  pyta Slayer typowo ojcowskim tonem. Nie wiem czy chodzi mu o całą nieobecność czy o to co było przed chwilą.
- Formalności z przeszłości. -  wzdycham
- Słucham?  -  włącza się Havana
Wtem za mną pojawiają się Firuse i Lilith. Biorę wdech.
- Slayer... To Lilith. Twoja wnuczka. Lecz nie moja córka. Adoptowała ją Firuse. Dla mnie to było za trudne. -  tłumaczę  -  Lilith to Slayer... Twój dziadek.

Havana? Slayer?